
Grupa: Użytkownik
Lokalizacja: Warjatkowo
Posty: 16 #573810 Od: 2010-9-5
| 
"Trzynasty Schron" pisze:
Koniec lat 70 XX wieku. Rozpoczyna się bratnia interwencja wojsk radzieckich w Afganistanie, zespół Pink Floyd ponownie wkracza na szczyty list przebojów swym albumem "The Wall", tryumfy w światowej kinematografii święci obraz "Łowca jeleni" w reżyserii Michaela Cimino, a społeczeństwo ekscytuje się najnowszym osiągnięciem światowej techniki - "Walkmanem". W tych niewątpliwie interesujących czasach, debiutujący w roli reżyserskiej, George Miller na australijskich bezdrożach kręci film o tematyce motoryzacyjnej z domieszką klimatów futurystycznych. Przed sobą nie ma łatwego zadania. Kompletna zapaść kina australijskiego, bardzo skromny budżet (400 tys. dolarów australijskich, w dzisiejszych czasach większą gażę za jedną rolę inkasują gwiazdy kina) i ostra jak na tamte czasy konkurencja związana z tym gatunkiem, nie wróżyły dziełu jakiegoś wybitnie spektakularnego sukcesu. Jednak po raz kolejny potwierdziła się stara prawda mówiąca, że ogromne pieniądze czy inne przeciwności losu nie są ważne, gdy ma się dobry pomysł i odpowiednią pasję do jego skrystalizowania. Tak też się stało i w tym przypadku. Niejaki "Mad Max" przeszedł do legendy.

"Trzynasty Schron" pisze:
Tragiczna historia australijskiego policjanta i mistrza kierownicy w jednym, niejakiego Max'a Rockatansky'ego, rozprawiającego się na bezdrożach z siejącym terror i gwałt gangiem motocyklowym, zyskała słuszny poklask i uznanie międzynarodowej widowni. Po dość, co trzeba przyznać, zaskakującym sukcesie obrazu, jakim był "Mad Max", kwestią czasu była informacja o planach nakręcenia ciągu dalszego historii o twardym i nieustępliwym gliniarzu. "Wojownik Szos", bo tak brzmi podtytuł drugiej części, miał nam przynieść całkowitą zmianę scenerii i odświeżenie konwencji w gatunku kina motoryzacyjnego. Tym razem George Miller, który ponownie zasiadł na stołku reżyserskim, nie musiał martwić się skromnym budżetem (choć nadal nie była to astronomiczna kwota) i mógł spokojnie popuścić wodze fantazji, tworząc kino zarazem oryginalne jak i wyjątkowe.

"Trzynasty Schron" pisze:
George Miller ponad trzy lata kazał nam czekać na kolejny film traktujący o historii Maxa Rockatansky'ego - byłego gliniarza, wojownika szos, zmuszonego do wręcz syzyfowej walki o przetrwanie na niegościnnych, postapokaliptycznych pustkowiach Australii. W lipcu 1985 roku seria "Mad Max" doczekała się obrazu, jak się dziś okazuje, wieńczącego trylogię, która zapisała się złotymi zgłoskami w annałach światowej kultury, a przede wszystkim sztuki filmowej. Czas jednak płynął nieubłaganie, Max nie młodnieje, a kino motoryzacyjne powoli odchodzi do lamusa. Poprzednie części bardzo wysoko postawiły poprzeczkę, więc utrzymanie tytanicznego poziomu oraz ponowne stworzenie równie nietuzinkowego dzieła, łatwym zadaniem nie było i wymagało pewnych istotnych zmian. W ich wprowadzeniu miała pomóc współpraca z amerykańskim potentatem filmowym Warner Bros. oraz zaangażowanie George'a Ogilvie'a, który miał skoncentrować się na kreacjach aktorskich (czyli jednej z największych bolączek serii). Jaki skutek odniósł ten niezwykły mariaż?
P.S. W produkcji jest czwarta część, Mad Max: Fury Road. |